LUCK nowy serial HBO
Luty 14th, 2012 § Dodaj komentarz
Pamiętacie rewelacyjną rolę Nicka Nolte w „Przylądku Strachu”? Będąc na planie filmu Scorsese zdmuchnął pięćdziesiątą świeczkę na swoim urodzinowym torcie i był w wielkiej formie. Od tamtego czasu minęło już 21 lat, a Nolte utył, zbrzydł i osiwiał. Dobrze, uwagę o zbrzydnięciu cofam. Nie da się chyba w jego przypadku. Niemniej gra wciąż rewelacyjnie choć innymi co oczywiste środkami.
Walter Smith, którego Nolte odgrywa to jak na razie moja ulubiona postać serialu “Luck”, który w kraju nadwiślańskim znany jest przede wszystkim z powodu roli Weroniki Rosatti jaką w tymże serialu zagrała. Obejrzałem trzy odcinki, a Weroniki ani widu ani słychu. Choć w zapowiedzi całego sezonu można dostrzec jej lico jako krupierki w kasynie to pojawi się ona tylko w trzech odcinkach. Z wrodzonej, wyssanej z mlekiem polskiej zawiści i złośliwości policzę chyba sekundy gdy Weronikę będzie widać albo ilość słów którą wypowie.
Wracając do Waltera Smitha – to sympatyczny mocno podstarzały trener koni, który jak mi się wydaje za chwile przy każdym kolejnym ruchu może dostać ataku serca, zemdleć, paść trupem. Na śmierć. Może dlatego tak go polubiłem. Budzi u widza dobre emocje, które mogą graniczyć ze współczucie, choć bardziej skłaniają one do kibicowania mu od pierwszego momentu. Przywiązałem się do niego i wiem już, że serial bez niego straciłby barwną postać i dużą część mojego zainteresowania.
Nazwiskami, które mają przyciągnąć widzów tej serii obok Noltego to przede wszystkim Dustin Hoffman (producent serii), Dennis Farrina czy wyrazisty John Ortiz w roli pochodzącego z Peru innego wybitnego trenera koni wyścigowych. Wyposażony w cięty język i dusze latynoskiego twardziela czynią go jedną z trzech najważniejszych postaci.
Dwie z nich wymieniłem – trzecia to oczywiście Dustin. Jego postać po odsiedzeniu wyroku za coś czego nie zrobił będzie napędzała wydarzenia w całym pierwszym sezonie. Hoffman podobnie jak Nolte ma problemy z poruszaniem się i sprawia wrażenie mężczyzny rozpadającego się, na szczęście tylko fizycznie. Mentalnie jest graczem przez duże G. Po wyjściu na wolność ma oczywiście przysłowiowe rachunki do wyrównania. Zrobi to a jakże inaczej w białych rękawiczkach.
Jest też czterech gości wygrywających na torze blisko trzy miliony dolarów. Jeden jeździ na wózku i ma kłopoty z oddychaniem, drugi to gambling addict, trzeci chce być lowelasem, a czwarty jest podobny zupełnie do nikogo i zdaje się, że rozumem nie grzeszy. Każdy z wyżej wymienionych kreuje postaci w sposób wiarygodny. Postaci zresztą nakreślone perfekcyjnie – wszyscy pochłonięci są jakąś pasją, żądzą która stanowi koło zamachowe w dążeniu do spełnienia. Ciężko zresztą byłoby znaleźć najsłabsze ogniwo w tym łańcuchu.
Ostatnimi atutami jakie wymienię są dialogi i muzyka. Tytułem otwierającym serie jest utwór Massive Attack, a na tracklistach kolejnych odcinków można znaleźć The XX czy Gil Scott Heron.
Akcja Luck rozgrywa się głównie między torem wyścigów konnych, a kasynem. Brudne interesy, intrygi, a w tle naprawdę pięknie pokazane wyścigi. Fabuła nie brnie do przodu migiem jak te koniki do mety, bo ale haczyk łatwo połknąć jeśli nie przy pierwszym to bankowo przy drugim odcinku. Może to dlatego, że za Luck stoi twórca Deadwood – w którym konie też są częstymi gośćmi na planie.
Oby kolejne odcinki były tak dobre jak pierwsza trójka. Na szczęście nic nie wskazuje na to by poziom zniżkował.
PS
Co ciekawe jesteśmy drugim krajem na świecie, gdzie rozpoczęto emisje pierwszego sezonu.
Jag alskar dig Rooney Mara.
Luty 13th, 2012 § Dodaj komentarz
The girl with the dragon tatoo – David Fincher
Mam za sobą lekturę dwóch części trylogii Stiega Larssona, jestem po projekcjach szwedzkiej adaptacji filmowej i miniserialu na podstawie tychże dwóch części. Podczas sprzątania i gotowania słucham kolejnych audiobooków albo niepokojącej ścieżki dźwiękowej do „Dziewczyny z tatuażem” autorstwa duetu Reznor – Ross. Obiecuję – zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Po raz pierwszy w moim długim marnym żywocie opanowała mnie niezdrowa mania zbadania wszystkiego pod czym pośrednio podpisał się Stieg Larsson.
Jeden z recenzentów napisał, iż film ten nie mógł być lepszy i w dużej mierze się z nim zgadzam.
Zasługa to przede wszystkim samego Finchera, którego styl jest dostrzegalny w “Dziewczynie z tatuażem”. Ale i twórcy soundtracku czy fenomenalna Rooney Mara (Jag alskar dig!) dodają obrazowi kolejne gwiazdki.
Ten pierwszy osiągnął to co nie udało się Szwedom w ichniej adaptacji (nie oceniam jej broń boże niżej od fimu Finchera). Nie bał się zmiany dialogów i kosmetycznej zmiany faktów książkowych – tak by fabuła filmu jeszcze bardziej się zazębiała i napędzała akcje. Dialogi sprawiają że akcja jest dynamiczniejsza – między innymi dlatego, że bohaterowie nie przekomarzają się ze sobą, a wypowiadając pewne kwestie zwiększają tempo w biegu do rozwiązania dramatycznej zagadki.
Reznor i Fincher uśmiechają się do nas gdy na ekranie pojawia się stereotypowy komputerowy nerd – gruby z tłustymi włosami, żyjący w ciemnej norze gdzie światło dochodzi trzy razy w roku – ubrany w koszulkę z logo NIN. Reznor – znalazł nieszablonowy sposób na uzyskanie tych samych efektów podkreślających narrację, co klasyczni kompozytorzy ścieżek dźwiękowych do filmów. Wykorzystuje nowe instrumentarium – skupione głównie wokół elektronicznych instrumentów i generatorów dźwięku buduje klimat, który momentami powoduje u mnie autentyczny dyskomfort. Na szczęście w filmie ów nie jest tak dotkliwie odczuwalny.
Być może dzięki odtwórczyni głównej roli kobiecej. Akcent Rooney Mary mógłby stać się moim fetyszem. Powtórzę – akcent Rooney Mary i ona sama to moje dwa główne fetysze tego roku. Jag alskar dig Rooney. Nauka szwedzkiego rozpoczęta.
Jeśli chodzi o grę aktorską to Daniel Craig mnie akurat irytuje. Faktycznie wyglądem zbliżony jest do bohatera opisanego przez Larssona, ale według mnie jest zbyt brytyjsko-amerykański jak na szwedzkiego dziennikarza i uważam, że mógł z tej roli wybrnąć nieco lepiej. Ale pewnie się czepiam. Aha jedna rzecz, która mi się podobała to sposób w jaki w filmie nosił okulary.
Reasumując jestem mocno nieobiektywny oceniając “Dziewczynę…” i równie nieobiektywnie zachęcam do zapoznania się z całą trylogią na papierze zanim obejrzy się wszystkie części na ekranie. JEST TO film bardzo dobry, acz na Oskara w najważniejszej kategorii liczyć nie może. Według mnie.
Reżyseria: David Fincher
Aktorzy: Daniel Craig, Rooney Mara, Christopher Plummert, Stellan Skarsgard;
Muzyka:Trent Reznor , Atticus Ross
Zdjęcia: Jeff Cronenweth
Na podstawie: Stieg Larsson ”Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (powieść)
Moja ocena: 7 / 10
PS
Na domiar złego jestem fanem bloga mouth-taped-shut.com, na którym znajdziecie między innymi spreparowany specjalnie na potrzebny promocji filmu numer magazynu Millenium.
HOME – podobno eye opening, ale napewno 90 minutes
Luty 9th, 2012 § Dodaj komentarz
Jeden z komentarzy po obejrzeniu tego filmu: „This is an exceptionally important message. Possibly one of the most eye opening, educational, and critical 90 minutes any Human Being can invest of their time…”
Opinii mojej drogiej koleżanki (partner in crime w plotkowaniu i rozmowach o niedoli ludzi spożywających kulturę na co dzień) czasem wypowiadającej się w kwestiach kultury rzeczowo na temat trailera tegoż filmu nie zacytuję w całości. Parafrazując… Parafrazując – powiedziała, że jest pretensjonalny. A później poczyniła uwagę na temat delfinów i zasugerowała co mógłby pomyśleć o nim – trailerze i filmie zarazem wnioskuje – prawdziwy Polak.
Prawdziwy Polak. Ale nie o tym.
Mnie również ów poniższy nie poruszył do głębi, ale zamierzam dać się zaskoczyć i jutro na większym ekranie sobie na niego popatrzeć. Mogę przy okazji napić się piwa, więc moja opinia może być nie do końca obiektywna. Ale nie o tym.
Film nosi jakże zaskakujący tytuł – HOME i jest wspólnym projektem Luca Bessona i fotografa Yanna Arthusa-Bertranda. Zbudowany z rzekomo zapierających dech w piersiach (wyobraźcie to sobie), pięknych i poruszających obrazów. To rzekomo podróż w głąb australijskiej rafy koralowej, wędrówka przez niebezpieczne amazońskie lasy, bezkresną pustynię Gobi i industrialne dzielnice Szanghaju
Rzekomo zobaczę zarówno dziewicze rejony Antarktyki, skromne plemiona afrykańskie jak i tonący w bogactwie i przepychu Dubaj.
HOME to rzekomo niesamowita podróż po wszystkich kontynentach, dzięki której mam być w stanie pełniej i bardziej świadomie docenić piękno i bogactwo naszego DOMU. Dowiem się podobno w jak wyjątkowy sposób życie na całej Ziemi jest ze sobą połączone.
To film, który ma nie oceniać i nie karcić. Zamiast tego pokazywać pewne fakty, zachwycać i uczyć, a decyzję co dalej pozostawia Mnie.
Wielu rzekomo po obejrzeniu tego filmu przez dłuższy czas było po prostu w szoku. Ci którzy obejrzeli chcieliby byście i Wy mogli go doświadczyć – piękne obrazy, doskonała muzyka i narracja. Wszystko to na najnowocześniejszym sprzęcie pewnej firmy, na dużym ekranie i z użyciem niezawodnego systemu nagłośnieniowego.
Zapraszają na pokaz filmu jutro o konkretnej godzinie w konkretnym miejscu.
To pójdę. Może też podzielę się opinią.
Dla tych którzy nie pójdą dodam, że można PODOBNO do 10 lutego obejrzeć całość w internecie. Ale kto wie. Wejdź na www.homethemovie.org by to sprawdzić. Czy to prawdą jest.

















